Na starcie uczciwie zaznaczam, że film „Anzu. Kot-duch” (Bakeneko Anzu-chan) obejrzałem tydzień przed polską premierą kinową (16 stycznia 2026) dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora - Velvet Spoon.
I teraz najważniejsze: ja mam słabość do filmów, które potrafią budować klimat spokojnie, bez gonitwy za twistem co 5 minut. Tyle że tutaj ten spokój w pierwszej połowie jest ryzykowny. Z jednej strony kupiło mnie to, jak film wygląda i brzmi. Z drugiej strony kilka wątków aż prosi się o dopowiedzenie, a tempo może część widzów zwyczajnie uśpić.
![]() |
| Fot. Kadr z filmu Anzu. Kot-duch / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
O czym właściwie jest „Anzu. Kot-duch” i kto jest kim?
Abyście wiedzieli, o kim piszę w dalszej części recenzji, najpierw szybkie „kto jest kim”, bo to film, który wrzuca nas w dość specyficzny układ rodzinno-duchowy. Główną bohaterką jest Karin, 11-letnia dziewczynka, która po śmierci mamy i różnych rodzinnych zawirowaniach ląduje w świątyni Sousei-Ji u swojego dziadka. A ojciec? To Tetsuya - gość, który delikatnie mówiąc, ma niepoukładane w głowie. Ma długi u lichwiarzy i w pewnym momencie przyjeżdża do dziadka z prośbą o kasę.
I właśnie w tym punkcie fabuła otrzymuje impuls: Tetsuya chce pożyczyć milion jenów (około 23 tysiące złotych) na spłatę długów. Jego ojciec odmawia mu jednak pieniędzy, przez co Tetsuya zostawia Karin w świątyni, obiecując, że wróci w rocznicę śmierci jej mamy.
To jest ten moment, kiedy Karin jest jednocześnie wkurzona i kompletnie rozbita. I szczerze? Film potrafi to pokazać fajnie, bo jej złość wynika z tego, że dzieciak nagle zostaje z problemami dorosłych.
No dobra, a Anzu? To nie jest zwykły kot, który gada, tylko bakeneko, czyli kot-youkai, kot-duch. W filmie ma swoje przyzwyczajenia, nałogi, humorki i dość dorosłe życie. Potrafi pracować, jeździć na motorowerze, a jednocześnie zachowuje się jak typ, któremu ktoś zabrał pilota do telewizora.
![]() |
| Fot. Karin i Anzu w domu na prowincji / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
Co więcej, Anzu ma swój wiek i doświadczenie (skończył 37 lat) i zostaje dla Karin kimś w rodzaju opiekuna - takiego, który najpierw przewraca oczami, a potem i tak pomaga.
Pierwsza część filmu to w dużej mierze życie na wsi w formie luźnych scenek: drobne konflikty, poznawanie okolicy, lokalne dzieciaki, trochę codzienności i trochę absurdów. W tle zaczyna się też pojawiać japoński pierwiastek w najlepszym sensie - youkai, leśne duszki, sytuacje niby z bajki, ale podane w bardzo przyziemnym tonie.
A potem fabuła robi skręt. Karin, która czuje się porzucona, chce odnaleźć ojca (i trochę też domknąć temat mamy). W pewnym momencie rusza w stronę Tokio, a Anzu jedzie z nią. I właśnie wtedy robi się bardziej kolorowo: pojawia się Bóg Ubóstwa (wcześniej widziany u kolegi Anzu), który prowadzi bohaterów do portalu do świata zmarłych.
![]() |
| Fot. Karin i Anzu w Tokio / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
Jeśli więc zastanawiacie się, o czym jest film „Anzu. Kot-duch”, to ja bym powiedział tak: to historia o dziecku, które próbuje poskładać sobie świat po stracie i porzuceniu, i o kocie-duchu, który udaje, że ma wszystko gdzieś, a jednak stopniowo staje się dla niej bezpiecznym punktem oparcia.
A przy okazji to film, który miesza realny świat z magią tak, jak Japonia lubi najbardziej: niby zwykła świątynia na uboczu, a za rogiem potrafi stać youkai, który zaprosi cię na najdziwniejsze przyjęcie w życiu.
Audiowizualny majstersztyk: rotoskopia, dźwięk i światło, które prowadzi emocje
Gdybym miał wskazać jedną rzecz, dla której warto obejrzeć film „Anzu. Kot-duch”, nawet jeśli nie kupisz całej historii, to jest nią forma. Film korzysta z rotoskopii, czyli techniki, w której najpierw nagrywa się ruch aktorów, a potem animatorzy odtwarzają to w animacji. Dzięki temu postacie poruszają się tak naturalnie, że czujesz ciężar ciała, zawahanie w kroku, drobne tiki - rzeczy, które w klasycznej animacji często się upraszcza.
I to jest dla mnie gigantyczny plus, bo ta historia żyje detalem. Karin nie musi mówić „jest mi źle”, żebyś to widział. Wystarczy, że stoi z zaciśniętymi pięściami, patrzy spode łba albo przewraca oczami, a ty już czujesz napięcie.
Podobnie Anzu. W teorii to wielki kot-duch, w praktyce ma w sobie coś bardzo ludzkiego. I właśnie dzięki rotoskopii jego gesty są bliższe rzeczywistości, a nie tylko kreskówkowe.
Co ciekawe, zdarza się też, że rotoskopia pokazuje swoje ograniczenia. Czasem w szerszych ujęciach ruch wygląda nieco sztywno, jakby ktoś na sekundę zgubił płynność. Ale to raczej drobne potknięcia, a nie problem, który wyrywa z seansu.
No i teraz rzecz, która mnie autentycznie kupiła: operowanie światłem. To nie jest tylko ładna animacja, bo ładna. Światło jest tu emocjonalnym narratorem. W scenach codziennych, wiejskich, mamy sporo miękkich, naturalnych tonów. Podobało mi się, jak światło pracowało na twarzach bohaterów - dzięki temu naprawdę czuć było ciepło dnia. I to działa, bo film często idzie na atmosferę zamiast na akcję.
![]() |
| Fot. Kadr przedstawiający grę światła na postaci Karin / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
Warto też wspomnieć o dźwięku, bo on jest tutaj zrobiony tak, że czujesz przestrzeń. Wieś naprawdę brzmi jak wieś, a Tokio ma swój zgiełk. I to nie jest przypadek. Znów wracamy do tego, że film powstał w rotoskopii, czyli najpierw kręcono sceny z realnymi aktorami, a dopiero potem przeniesiono je do animacji.
Dźwięk w takich ujęciach też był nagrywany na planie, więc wszystko brzmi bardziej jak zapis chwili niż korzystanie z banku dźwięków na potrzeby animacji. To wzmacnia wrażenie, że akcja filmu dzieje się gdzieś obok nas.
Tempo i struktura: spokojna pierwsza połowa kontra jazda bez trzymanki w drugiej
No dobra, teraz ten element, który może część osób uwierać najbardziej: tempo. Pierwsza połowa filmu „Anzu. Kot-duch” jest bardzo spokojna i składa się z luźnych scenek.
I jasne. Ja rozumiem, po co to jest. Film buduje relację Karin i Anzu, osadza nas w miejscu, daje nam okazję poczuć, jak wygląda ten ich dziwny dom w świątyni. Autorzy chcą to wszystko zrobić, zanim nastąpi większa przygoda. Problem w tym, że nie każdy widz kupi takie rozgrzewkowe tempo.
Sceny z życia na wsi są momentami naprawdę urocze: łowienie ryb, drobne konflikty, lokalne dzieciaki, a nawet wypady do miejsc, gdzie czai się coś bardziej fantastycznego. Z drugiej strony, jeśli ktoś oczekuje, że film od pierwszych minut będzie dowoził dramaturgię, to może zdawać sobie pytanie: „okej, fajnie, ale dokąd to zmierza?”.
![]() |
| Fot. Kadr z filmu Anzu. Kot-duch przedstawiający wiejskie pola / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
I w sumie film zmierza do momentu, w którym Karin chce wyrwać się z tej sytuacji i rusza do Tokio, by odnaleźć ojca. Następuje to jednak dopiero w drugiej połowie filmu. To jest ten punkt zwrotny, gdzie narracja przestaje być o życiu i zaczyna opowiadać o celu.
W części dziejącej się w Tokio film robi coś, co ja kocham w japońskich historiach: bierze najbardziej prozaiczną rzecz na świecie i robi z niej portal do innego wymiaru. Tutaj przejście do świata zmarłych jest powiązane z miejscem, którego raczej nie spodziewasz się w roli bramy do zaświatów. I nagle wchodzimy w część, która jest bardziej przygodowa, bardziej intensywna, bardziej fantastyczna.
Właśnie w tej drugiej połowie filmu złapałem lekki vibe „Spirited Away: W krainie Bogów”. Nie w sensie kopiowania scen, tylko w tym klimacie: dziwny świat, rządzący się własnymi zasadami, przestrzenie, które wyglądają jak z pogranicza snu i folkloru. Do tego dochodzą demony i motyw spotkania z tym, co utracone.
W podziemnym świecie Karin trafia na swoją mamę. W tym momencie film wreszcie wchodzi w tematy, które wcześniej tylko dawały o sobie znać: żal po śmierci mamy, złość na ojca i to gryzące poczucie porzucenia. Potem robi się jeszcze bardziej dynamicznie: pościg, ucieczka, interwencja sił z zaświatów. Pojawia się też Pan Enma (król zmarłych) i robi się naprawdę intensywnie.
Dlatego, jeśli mam Wam dać jedną, uczciwą poradę przed seansem: to film, który potrzebuje czasu, żeby się odpalić. Najpierw jest spacer, potem trucht, a dopiero później sprint. I o ile u mnie to w finalnym rozrachunku zagrało, o tyle rozumiem widzów, którzy powiedzą: „kurczę, szkoda, że dopiero po godzinie zaczęło mnie to wciągać”.
Podsumowanie filmu „Anzu. Kot-duch”
W „Anzu. Kot-duch” najbardziej podoba mi się to, że pod tą całą magią jest zwykła, ludzka historia. Karin nie jest słodką, grzeczną bohaterką, która tylko czeka na przygodę. Ona jest dzieciakiem po przejściach: cyniczna, nabuzowana, czasem wredna. Jest w tym wszystkim wiarygodna, bo jej zachowanie jest reakcją na stratę i porzucenie.
I w tym kontekście relacja Karin z Anzu działa naprawdę fajnie. Na początku jest tarcie: ona go prowokuje, on ją zbywa, każdy gra twardziela. Później, krok po kroku, robi się z tego układ, w którym Anzu staje się kimś, kto daje Karin namiastkę stabilności. To jest ta rodzina z wyboru, bardzo japoński motyw. Czasem to nie krew, tylko obecność i konsekwencja robią z kogoś bliską osobę.
![]() |
| Fot. Kadr z filmu Anzu. Kot-duch / Velvet Spoon / Shin-Ei Animation i Miyu Productions |
Natomiast mam też problem z tym, jak film domyka niektóre wątki. I największy zgrzyt to dla mnie wątek ojca, czyli Tetsuyi. Na starcie jest on pokazany jako gość, który wpada do własnego ojca po kasę na długi u lichwiarzy, a potem w dużej mierze poza ekranem przechodzi jakąś przemianę. W pewnym momencie dowiadujemy się też, że lichwiarze pobili go prawie na śmierć, co w teorii powinno być silnym punktem zwrotnym.
Film mówi nam, że Tetsuya ogarnął się i spłacił wszystkie długi, ale nie przedstawia satysfakcjonującej drogi do tego momentu. Właśnie dlatego to odkupienie ojca boli mnie najbardziej. Bo ja kupuję sam pomysł, że facet może się odbić od dna. Tyle że, jeśli na początku mówimy o kwocie rzędu miliona jenów (23 tysiące złotych), to fajnie byłoby zobaczyć choćby strzęp tego, jak on to realnie pospinał. A tu otrzymujemy skrót: było źle, jest dobrze i jedziemy dalej.
Co więcej, to nie jest jedyny skrót. Film w kilku miejscach robi coś takiego, że przedstawia nam jakiś temat, po czym przechodzi obok niego szybkim krokiem, bo już musi gonić finał.
Jednocześnie ja nie chcę brzmieć, jakbym tylko marudził, bo film ma głębię. Szczególnie w tym, że żałoba nie jest tu powiązana ze scenami płaczu. Żałoba została tu ukazana jako proces przejścia przez etapy: złość, ucieczka, próba kontroli, a na końcu zgoda na to, że pewnych rzeczy nie da się odkręcić
Dlatego moja ocena wygląda tak:
- + za warstwę audiowizualną (rotoskopia, detale ruchu, klimat, światło),
- + za klimat i swobodne połączenie codzienności z folklorem (youkai, druga strona),
- - za nierówne tempo (pierwsza połowa może niektórych znudzić),
- - za spłycenie wątku ojca i kilka narracyjnych przeskoków.
Finalna ocena: 7-/10.
To nie jest film idealny, ale jest na tyle unikalny wizualnie i na tyle inny, że ja się cieszę, że go zobaczyłem. I jeśli lubisz animacje, które stawiają na klimat i emocje, a nie na fabularny sprint, to „Anzu. Kot-duch” może Cię miło zaskoczyć.
Premiera kinowa w Polsce odbędzie się 16 stycznia 2026, więc najlepiej polować na bilety od razu, gdy tylko pojawią się w repertuarze. Szczególnie jeśli mieszkasz w mniejszym mieście, gdzie takie tytuły potrafią wskoczyć na jeden lub dwa seanse i szybko zniknąć.








KOMENTARZE